Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opinie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opinie. Pokaż wszystkie posty
Oblicza dyktatury.

Oblicza dyktatury.

dziennikpolski24.pl

Powakacyjna, polska scena polityczna zaczyna się budzić. W końcu to czas długo zapowiadanych zmian zarówno na prawicy jak i opozycji demokratycznej. Patrząc na to wszystko nasuwa mi się kilka nieciekawych spostrzeżeń co do naszej przyszłości.


Gdy coraz bardziej bezczelnie rozdziera się nasze pieniądze w zarządach państwowych spółek w tle toczy się walka o przyszłą władzę na prawicy, a opozycja demokratyczna dogorywa w smrodzie stołecznych ścieków. Umiera też piękna idea ruchu 10 milinów obywateli, którzy głosowali w wyborach prezydenckich przeciwko PIS. Dlaczego umiera w tak mało spektakularnej atmosferze? Nie wiem, kto lub co stoi za awarią kolektora ściekowego w Warszawie, ale wydarzenie to dziwnie pokryło się ze startem wspomnianego wcześniej ruchu Trzaskowskiego. Pojawiły się w związku z tym teorie o sabotażu, które nie są pozbawione logicznych przypuszczeń. To nikt inny jak Zjednoczona Prawica była by najbardziej stratna na starcie "Nowej Solidarności", który to ruch miał powstać 5 września. Każdy zaś dzień zwłoki powoduje realny spadek entuzjazmu 10 milionów wyborców będących oponentami "dobrej zmiany". Mówiąc wprost zawiedzione społeczeństwo rozchodzi się.

Swoje obawy opisywałem w artykule "10 milionów gniewnych ludzi" tutaj. Dziś owe obawy się ziszczają. Entuzjazm i siła tworząca ogromny kapitał do zmian został w dużej części zmarnotrawiony. Było jasne, iż Zjednoczona Prawica nie pozostawi tego projektu swojemu losowi. Jeżeli ZP w wyborach prezydenckich mając za sobą całą machinę urzędniczą i propagandową państwa zdołało uciułać tylko o włos więc głosów w swoistym, lipcowym plebiscycie, to jednoczący je ruch mógł stanowić śmiertelne zagrożenie dla dalszego istnienia ZP u władzy. Wypadek z kolektorem ściekowym stał się więc cudem, który uratował ZP od upadku. Przypadek? Może. Ja jednak w przypadki nie wierzę.

Być może dlatego bardzo zniesmaczyło mnie oświadczenie Cezarego Tomczyka, który jako szef sztabu Rafała Trzaskowskiego zapewniał mnie w Kaliszu o unikalności tworzącego się ruchu obywatelskiego i o chęci podtrzymania jego oddolnego charakteru. Dziś, tj. 7 września u redaktora Piaseckiego w TVN24 wyznał z rozbrajającą szczerością, iż ten gigantyczny kapitał zostanie w zasadzie wciągnięty w kampanię wyborczą Platformy Obywatelskiej w wyborach za 3 lata?
Pozwolę sobie tutaj na indywidualne zarzuty wobec Pana Tomczyka?
1. Skąd pewność, iż za 3 lata ci ludzie nadal będą czekać  w gotowości do działania?
2. Skąd pewność, iż wyborcy ci będą chcieli wspierać PO, która ich wcześnie zostawiła samym sobie?
3. Czy zdaje Pan sobie sprawę, iż część elektoratu negatywnego w stosunku do ZP reprezentuje np. Konfederację?

Ile czasu będziemy jeszcze zwodzeni wizją, nowego upudrowania opozycji, która będąc w stanie agonalnym bardziej myśli o własnym istnieniu, niż o niszczeniu przeciwnika bez którego w zasadzie istnieć nie może?
Ile wody jeszcze musi upłynąć w Wiśle, byśmy zrozumieli, że ruch obywatelski mogą stworzyć tylko obywatele (jak sama nazwa "obywatelski" mówi)?
Czy nadal będziemy czekać, na cudowne stworzenie za nas tego ruchu?
Czy chcemy mięć diabelską alternatywę wyboru mniejszego zła polegającą na przystąpieniu do ruchu, który nie myśmy tworzyli lub na ponownym wyborze PIS?
Jeżeli się nie obudzimy, to płonne będą nadzieje Pana Cezarego Tomczyka na uczciwe wybory parlamentarne za 3 lata.

Czas, by wydająca ostatnie tchnienia opozycja demokratyczna zrozumiała, że miłość i poprawności polityczną czas odwiesić na kołek i ostatnim wysiłkiem podjąć walkę metodami jakie narzuca przeciwnik. Demokratyczny język wróci, gdy znów nastanie demokracja. Innej drogi do demokracji nie ma. Mamy ten sam dylemat co solidarnościowi opozycjoniści. Gdyby przyjęli retorykę komunistów, to dziś nie wspominali byśmy czasów demokratycznych, gdyż demokracji byśmy nie znali, a z oknem podziwialibyśmy "socjalizm z ludzką twarzą".

Irytują mnie facebookowe zrywy. Nie wiemy, lub nie chcemy wiedzieć jak jesteśmy manipulowani. Krzyczymy "Żadnych podziałów! Idźmy razem!". Po co? Z kim? Po demokrację? Ze skrajną prawicą? Nie bądźmy naiwni! Czy wiecie, że najgłośniej krzyczą zwolennicy Konfederacji i skrajnej prawicy? To oni są najbardziej antyPIS. I to nie dlatego, iż są demokratami tylko wręcz przeciwnie. Bo ZP pod wodzą Kaczyńskiego i PIS jest za miękka. Stronnicy Kaczyńskiego roztoczyli przed łysymi radykałami wspaniałą dla nich wizję brunatnej dyktatury. Miała być współpraca prawicy, rozliczenia, kary, a tym czasem PIS chce swojej dyktatury i przejęcia ich elektoratu. Tak! To z nimi chcieliście walczyć o demokrację. Z ludźmi, którzy z chęcią powsadzali by was potem od obozów i więzień.

Spełniają się moje obawy. Niezwykle realne jest, iż władzę na szeroko pojętej prawicy przejmie radykał Ziobro, gdyż to on ma bliżej do brakującej części totalitarnej układanki w postaci wyborców radykalnych. Coraz bardziej zbliżają się dni, że nie tylko za inne poglądy niż brunatne będziemy bici. Zbliżają się też dni, gdzie tylko za bycie przeciwko tego typu brunatnym zachowaniom będziemy bici. Już dziś czuć zapach palonej Konstytucji i słychać na razie delikatny, choć narastający chrzęst twardych i równych kroków na szkle z witryn lewackich sklepów.
Nie bądźmy naiwni! Nie ma dyktatury z "ludzką twarzą"! Chcemy wybierać między Zjednoczoną Prawicą Kaczyńskiego, a Zjednoczoną Prawicą Ziobry? Czy tego chcemy? 

Opozycja, czyli gdzie podział się polski pozytywizm?

Opozycja, czyli gdzie podział się polski pozytywizm?


Wakacje minęły, a na polskiej scenie politycznej po stronie opozycji demokratycznej dalej trwa lato i czas beztroski. Patrząc na to nasuwa się pytanie, o niedawne, jakże huczne zapowiedzi pozytywistycznej pracy na rzecz konsolidacji i organizacji opozycji. Kto zostanie jej przywódcą? Czy w ogóle ktoś stanie na czele polskiej opozycji?


Obecna sytuacja polskiej opozycji nieodmienne przypomina "Lalkę" Bolesława Prusa. Mamy więc do czynienia z dwoma głównymi, ale jakże różnymi bohaterami. Z romantycznym Hołownią marzącym o tym, iż stanie się kimś na miarę Napoleona Bonaparte i będącym niepoprawnym pozytywistą Rafałem Trzaskowskim. Rzecki i Wokulski. Każdy z inny ma przepis na przyszłość, ale cele podobne. Mimo tego nie idą razem. Może to w tej różnicy jest siła?

W sierpniu 1980 roku społeczeństwo też było podzielone i spolaryzowane. My i oni. Komuniści i opozycja. Na opozycji też były podziały. Jedni chcieli radykalnych metod rozprawy z komuną przybierających formę romantycznego zrywu narodowego inny woleli łagodną pozytywistyczną walkę strajkami. Zaś jeszcze inny chcieli tylko "socjalizmu z ludzką twarzą". Historia pokazała, iż mimo tych podziałów odłożono na bok wynikające z nich animozje i diametralna większość ówczesnej opozycji wybrała formę strajków jako drogę do demokracji. Być może pomni niedawnych doświadczeń wojennych nie chcieli kolejny raz wykrwawiać narodu? A może pomni polskiej przeszłości nie chcieli karku giąć przed reżimem? Tak więc polski pozytywizm nie jedno ma imię, ale bardzo długą tradycję. Na gruncie polskiej krnąbrności i nieposłuszeństwa już dawno temu wyrósł bunt oparty na cierpliwości i pracy u podstaw. Co ciekawe, czas pokazał, że ta idealnie dopasowana do naszego charakteru metoda okazała się być najskuteczniejsza. Jako przykłady można podać polskie powstania. Wielkie i nagłe zrywy kończyły się spektakularnymi klęskami, które (o ironio!) świętujemy. To Powstanie Listopadowe, Powstanie Styczniowe i w końcu Powstanie Warszawskie. Zaś zrywy, których czas dojrzewał w ciężkich przygotowaniach trwały dłużej, ale przynosiły zwycięstwo przemilczamy. To II i III Powstanie Śląskie oraz Powstanie Wielkopolskie.

Czyż nie na bazie i pomni tej spuścizny w 1956 roku nie rozpoczęliśmy długiej drogi do wolności? Dopiero 24 lata po wydarzeniach czerwcowych udało się zadać pierwszy skuteczny cios komunie, ale udało się to dzięki ciężkiej pracy wojennego pokolenia. To dzięki temu pokoleniu powstało potem 21 postulatów strajkujących stoczniowców. To dzięki wytrwałości strajkujących podpisane zostały porozumienia ze władzą. I to w końcu dzięki nim komuniści musieli uznać powstanie wolnych związków zawodowych.

Co dziś z tego zostało? Z tych postulatów, porozumień? Patrząc na treść postulatów okazują się one być znowu w dużej części aktualne, ale starzy działacze strajkowy jakby już podstarzali nie mają zamiaru kolejny raz karku nadstawiać. I trudno im się dziwić, kiedy widzi się jak gnuśniejący naród, któremu starczy co ma, trwoni spuściznę pokoleń, obrastając w tłuszcz strachu. Trudno patrzeć na dzisiejszą opozycję, która skłócona, zajęta jest samą sobą i nie ma ni sił ni chęci stawać przeciwko z dnia na dzień, coraz bardziej jawnie poczynającej sobie dyktaturze. Nasza opozycja ma siłę, ale nie potrafi jej pokierować. Jest więc nie tyle bezsilna, co bezradna.

Czy urodził się już człowiek, który w przyszłości mając na tyle wielką charyzmę, by zjednoczyć naród przeciw totalitaryzmowi będzie potrafił poprowadzić ten naród do kolejnej pozytywistycznej rewolucji?




Być może odpowiedź znajdziemy właśnie w pamiętnych 21 postulatach. Postulatach, które dla dawnych opozycjonistów były swoistym testamentem. Dla nas zaś jest rachunkiem sumienia.





Białoruś jeszcze walczy.

Białoruś jeszcze walczy.

Od kilku dni w wielu miastach i miasteczkach Białorusi odbywają się gwałtowne protesty. Nasz wschodni sąsiad znalazł się w politycznym klinczu, gdyż ani od dawna sprawujący władzę prezydent Łukaszenko, ani protestujący nie mają zamiaru ustępować. Czy jest coś, a może ktoś, kto rozwiąże tą sytuację.

Co najmniej jedna zabita osoba, kilkuset rannych i kilka tysięcy zatrzymanych. Oto bilans działań OMON-u w ramach pacyfikacji jeszcze pokojowych protestów opozycji białoruskiej. Żądania protestujących nie zmieniły się. Oczekują zrzeczenia się stanowiska przez Łukaszenkę, zaniechania brutalnego tłumienia protestu, wypuszczenia zatrzymanych i rozpisania nowych, demokratycznych wyborów prezydenckich. 
W poniedziałek nastąpił poniekąd ich przełom, gdyż stojąca na czele opozycyjnych sił Swiatłana Cichanouska w dość dziwnych okolicznościach opuściła nagle kraj uciekając na Litwę. Opublikowane w mediach jej przesłanie wygląda na wymuszone. Zarówno okoliczności nagrania (z wystroju wynika, że to siedziba CKW), jak i wygląd, mimika oraz fakt czytania z kartki przemówienia przeczy dotychczasowemu wizerunkowi tej charyzmatycznej kobiety. Wszystko wskazuje na to, iż jest to akcja białoruskiego KGB, które poprzez zastraszenie przywódczyni chce osłabić morale protestujących. Na razie opozycja nie zamierza zaprzestać protestów, a jednie chce zmienić ich formę ze względu na skalę represji.

Stojący po drugiej stroni barykad wznoszonych przez protestantów długoletni prezydent Aleksander Łukaszenko od 26 lat sprawuje de facto władzę dyktatorską. Od tego okresu również zręcznie lawiruje pomiędzy wymagającą Rosją, z którą jest związany militarnie i gospodarczo, a krajami zachodnimi, które próbują ucywilizować sankcjami szalonego satrapę. Łukaszenko nie chce bowiem ani zamykać się na Rosję, która (jak sam mniema) ochroni jego stanowisko i nie chce odtrącać wyciągniętej ręki Unii Europejskiej. Jako wytrawny długoletni już gracz na scenie politycznej Łukaszenko zachowuje się jak rasowy dyktator, który wie jak "zjeść ciastko i mieć ciastko" jednocześnie. Podobnie jak dyktator Korei Północnej stosuje szantaż wobec UE polegający na groźbie daleko idącej integracji z Rosją, gdyby Unia zaostrzała sankcje. Oprócz tego tymi samymi sankcjami wyciągnął już z Brukseli kilkaset milionów euro programów pomocowych. Jak zatrzymać Łukaszenkę w jego machiawelicznej grze?


Naturalnym partnerem Łukaszenki jest Rosja. Jej prezydent Władimir Putin dobrze wie, że może ten konflikt rozwiązać, ale nie ma zamiaru mieszać się w całą tą sytuację. Z jednej bowiem strony Łukaszenko gwarantuje mu niestabilny, ale jednak realny wpływ na białoruską politykę wewnętrzną i zewnętrzną. To Aleksander Łukaszenko, gwarantuje mu bytność tego kraju w sferze wpływów Rosji, będącym jednocześnie punktem styku z UE. Z drugiej jednak strony sprytny na swój sposób prezydent Białorusi nie chce całkowicie uzależnić swojego kraju od wielkiego brata. Dlatego więc Putin na swoim braku reakcji na wydarzenia na Białorusi paradoksalnie wygrywa.

Sytuację na wschodzie Europy może również uspokoić stanowcza reakcja Unii Europejskiej. Ta jednak zajęta kryzysem pandemicznym, pracą nad budżetem, kryzysem klimatycznym oraz postawą naszego kraju i Węgier nie zbyt chętnie spogląda na wschód. 
Niemrawe działania polskiej polityki zagranicznej, a nawet apel Donalda Tuska nie są w stanie przyspieszyć spotkania UE w celu uzgodnienia jednolitego stanowiska w sprawie białoruskiego zrywu. I o ile doraźnie sklecony list ostrzegający Łukaszenkę przed dalszą eskalacją sytuacji jest na razie tylko grożącym palcem Brukseli, o tyle dalsze zaostrzenie stanowiska mogą zablokować Węgry. Wiktor Orban również mający dyktatorskie ciągoty przy wydatnym wsparciu Putina, nie odważy się przyłożyć ręki do jakichkolwiek działań UE mogących uderzyć w jego mentora.
Unia może jednak chcieć ustanowić swoistego pełnomocnika do spraw Białorusi. Tym pełnomocnikiem mogłaby zostać Polska. Mogłaby tym ruchem powrócić do stołu przy którym rozgrywa się polityka zagraniczna Unii, a który to stół opuściła na własne życzenie.

Obecne działania naszego rządu wobec Białorusi mają bardzie charakter pohukiwania niż polityki argumentów. To bardzo dziwna sytuacja. Mając takie szanse odbudowania swojego zniszczonego wizerunku rząd naszego kraju w zasadzie nie zrobił nic konkretnego w celu uspokojenia sytuacji i rozpoczęcia dialogu Łukaszenki z własnym narodem. Przyjmuje więc chcą nie chcąc prorosyjską pozycję Węgier. Paradoksalnie polski rząd od chwili reelekcji prezydenta w niedemokratycznych wyborach sam wpędził się swoistą pułapkę. Wspierający niedemokratycznie wybranego prezydenta Dudę rząd polski utracił moralne prawo do reprezentowania demokratycznych wartości, unii demokratycznych państw. Oprócz tego rząd Morawieckiego, a faktycznie będący już właściwie dyktatorem Jarosław Kaczyński sam może obawiać się przeniesienia iskry protestów na polskie podwórko.

Nie pozostaje nam więc obecnie nic innego jak pokornie oczekiwać na reakcję wielkich tego świata po cichu licząc, że zrobią coś do czasu, gdy białoruska iskra polskiej nadziei zgaśnie. Możemy też wspierać niesamowicie charyzmatycznych sąsiadów w w mediach społecznościowych. To właśnie ich zryw może obudzić nasze społeczeństwo. Białorusini pokojowo walczą o demokrację przy piosence Jacka Kaczmarskiego "Mury", który to utwór stałą się hymnem tego zrywu. Zmienili jednak fragment refrenu na słowa, które mogą na dać dużo do myślenia. "Chcesz wolności, to ją weź!".


W drodze do demokracji.

W drodze do demokracji.

Dziś od rana obywatele Białorusi głosują w niedemokratycznych wyborach prezydenckich. Nie mają nadziei na zwycięstwo wyborcze. Aleksander Łukaszenko jak każdy dyktator w sposób demokratyczny władzy nie odda, co już zapowiedział. Mimo tego nasi wschodni sąsiedzi mają coś co nam brakuje.


Dziś wszyscy stajemy się Białorusinkami i Białorusinami. Na fali wielotysięcznych protestów zmobilizowanych przez Swiatłanę Cichanouską, która po ewentualnej wygranej, natychmiast doprowadzi by do rozpisania nowych wyborów prezydenckich naród rozpoczyna nowy etap swojej walki o demokrację. Białorusini z nadzieją spoglądają na nas i cały wolny świat. Nie pragną interwencji. Pragną jedynie, by świat widział ich walkę, by widział jak poczyna sobie dyktatura po zniszczeniu demokracji.

To dla nas idealna lekcja. To jak lustro, w którym widać odbicie naszego sumienia. To lekcja historii i pokory wobec niej. Po kilku dniach nowego państwa z nowym prezydentem jasno widzimy jak rozwijać się będzie Polska i w którą stronę pójdziemy. Jesteśmy z Białorusią na tym samym wozie. Pomóżmy im jak tylko jeszcze możemy. Oni mają to czego nam brakuje. Mają charyzmę i dojrzałość polityczną. Oni nie wierzą w uczciwość wyborów, ale wierzą, że demokracja powróci. Oni teraz nie walczą o możliwość zrzucenia maseczek, czy swojego decydowania o zaszczepieniu się. Nie walczą o referenda, czy reformy. Oni walczę o swoją podstawową potrzebę. O wolność. Białorusini dobrze wiedzą, że przyjdzie im ponieść wysoką cenę za powrót demokracji, ale są gotowi ją ponieść. Jeśli im się uda, to nam tym bardziej. 

Pamiętajmy więc, że wolna Białoruś, to wolna Polska!

My, wykluczeni !

My, wykluczeni !

Wczoraj 7 sierpnia 2020 wszystko się zmieniło. To już nie jest Polska jaka pamiętamy. To już kraj jednej ideologii, jednej władzy, jednej ideologii i nas wykluczonych. Wyjętych spod prawa, gdzie prawo przestało nas chronić, gdyż jedna grupa zdecydowała, że jako zwycięscy mogą wszystko.


To co stało się wczoraj w Warszawie stanowi pewien kamień milowy w historii "dobrej zmiany" do jakiej doprowadziliśmy w 2015 roku, a potem w lipcu 2017. Od wczoraj zostaliśmy wykluczeni z grona społeczności, gdyż jako nieprawomyślni staliśmy się elementem niepożądanym. Mogło to by być zabawne, gdyby nie fakt, iż wykluczeni zostali także posłowie opozycyjni i prawnicy stający w obronie zatrzymanych. 
O ile niedawno wspieraliśmy Białorusinów w walce o demokrację jak naród znajdujący się w lepszej sytuacji dziś jesteśmy już w takiej samej sytuacji.

wiadomosci.radizet.pl
Znamienna jest data tych represji. Wystarczy spojrzeć na to co stało się w ostatnich dniach. 
I tak:
6 sierpnia - zaprzysiężenie nowego starego prezydenta,
7 sierpnia - Ziobro zapowiada zaostrzenie ustaw o NGO-sach, działacze PIS zapowiadają powrót do prac nad repolonizacją mediów, w Jachrance odbywa się specjalne, zamknięte posiedzenie PIS, wieczorem zatrzymano kilkadziesiąt osób w łapankach osób LGBT,
8 sierpnia - znany jest bilans zatrzymań. 46 osób zostało oficjalnie zatrzymanych (widome jest miejsce ich przebywania), 8 osób uznaje się za zaginione (nie wiadomo gdzie są przetrzymywane i co się z nimi stało). Utrudniony jest do nich dostęp prawników i posłów.

Oto bilans 2 dni nowego państwa. To bilans szaleńczej wizji obłąkanego nienawiścią człowieka pozbawionego skrupułów i na tyle charyzmatycznego, by pociągnąć za sobą masy. Brzmi jak charakterystyka Hitlera? I tak ma brzmieć! Głośno i wyraźnie w kraju narodowo-socjalistycznym o wyraźnych katolickich konotacjach.

Co nas teraz czeka? Obecnie PIS ma zasłużone wakacje. W końcu represje to ciężka praca.

Za niedługi czas Jarosław Kaczyński zrekonstruowawszy rząd dokręci śrubę partii Jarosława Gowina (Porozumienie), która jako współkoalicjant, czyli "przystawka" PIS zdaje sobie sprawę, że jej autonomia się kończy, gdyż nie ma dokąd uciec. Drugi współkoalicjant dobrze wie jaka jest jego rola i z niej się doskonale wywiązuje, a w zamian za zabranie jednego ministerstwa otrzyma sowitą rekompensatę za lojalność w postaci wolnej ręki w "reformach".

Potem Ziobro zabierze się za ograniczenie wolności funkcjonowania organizacji pozarządowych (NGO-sy). To te organizacje patrzą na ręce władzy i powiadamiają o wszelkich przypadkach łamania prawa powiadamiają media i zagraniczną opinię publiczną. To będzie przygotowanie do przejęcia mediów.

Kolejnym etapem rewolucji będzie wspomniana od dłuższego już czasu kwestia "dokończenia reform w wymiarze sprawiedliwości". Zostanie zmieniona struktura sądów, a to wymagać będzie nowego naboru sędziów. Tym razem jednak będą to wyłącznie lojalni władzy sędziowie. To oni będą dbali o to, by wszystko co zrobi władza było legitymizowane prawnie. Da więc pozory działania zgodnego z prawem.

Następny etap, to zastraszenie społeczeństwa. Poprzednie "reformy" wzmogą falę niezadowolenia rozpoczynając cykl tym razem ogólnopolskich protestów. Protesty te będą ostro, ale nie krwawo tłumione. Pamiętajmy, że NGO-sy już będą miały kaganiec, a sądy już będą legalizowały działanie władz. Tłumienie każdego protestu zastraszy społeczeństwo i może wprowadzić atmosferę bezsilności i bezradności.

Wtedy przyjdzie czas na dokończenie budowy nowego państwa. Zostanie najtrudniejszy punkt do realizacji. Jak przejąć media (uciszyć, by nie donosiły) tak, by społeczeństwo nie zauważyło tego?
I tego właśnie zastraszone już społeczeństwo może już nie zauważyć.

Powyższy scenariusz jest hipotetycznym opisem działań, ale dotychczasowe działania były nad wyraz przewidywalne (z małymi poprawkami), gdyż wynikały ze zwykłej logiki działania każdej władzy dążącej do dyktatury.
Z tejże logiki wynika też jasno, iż jeżeli społeczeństwo nie obudzi się ze swojej naiwności do wiosny przyszłego roku i nie pojmie, że politycy nie dadzą rady obronić demokracji, to czeka nas minimum kilkanaście lat totalitaryzmu, którego wielu z nas może nie przeżyć, a wielu nie dożyć powrotu demokracji.

Czas porzucić partykularne żądania związane z pandemią, szczepionkami, czy rozliczeniem masonerii. Koniec podziałów na demokratycznej opozycji. Podziały powinniśmy zasypać my, wszyscy wykluczeni, tym zmusimy do działania polityków. Gdy wróci demokracja (a wróci), wróci wolność słowa, a wtedy możemy organizować dowolne wiece z dowolnymi żądaniami byle zgodnymi z prawem. Czas na wejście na prom, który przewiezie nas przez wzburzoną polityczną rzekę na drugi brzeg zwany demokracją. Kto jej che niech się zabiera z nami. Ci którzy jej nie chcą znajdą na obecnym brzegu swój ideologiczny dom.

Scena to iście dziwna ..

Scena to iście dziwna ..

Dzień dzisiejszy przejdzie do historii demokracji europejskiej. Oto w samym sercu Europy, w kraju będącym wzorem walki o demokrację stała się rzecz niesłychana. Po 5 latach niezatrzymanych przez nikogo zmian ustrojowych idących w stronę państwa autorytarnego. Po niekonstytucyjnie przeprowadzonych wyborach prezydenckich i niekwestionowanych w znaczący sposób przez nikogo, mieliśmy pierwszą ceremonię nowego państwa. Ceremonię zaprzysiężenia starego prezydenta nowego państwa.


Bez wątpienia zmierzamy w kierunku modelu autorytaryzmu wschodniego. Sprawdzony wielokrotnie sposób fałszowania wyborów, bądź doprowadzania metodami niedemokratycznymi do faktycznej bezkonkurencyjności w stosunku do panującej władzy zaczyna się sprawdzać także u nas. Z małą jednakże różnicą. W Rosji i na Białorusi taki model wykazuje raczej tendencję zmierzchową i narody tych krajów są już zmęczone tą upiorną zabawą w "demokrację". Nasi panujący jakby tego nie widzą, a być może milcząc w tych tematach mają nadzieję, że u nas owe zmęczenie pojawi się za wiele lat. 
Tu mogą się jednak mylić gdyż polskie społeczeństwo pilnie śledzi to co dzieje się u naszych wschodnich sąsiadów. O ile wsparliśmy Ukrainę o tyle podobnie będzie w Rosji i na Białorusi. Reasumując u nas ten model nie przejdzie i niezadowolenie nastąpi o wiele wcześniej.

Dziś jednak mieliśmy do czynienia z momentem, który do końca życia zapadnie nam w pamięci. Oto bowiem malarz, który miałby namalować obraz dzisiejszych obrad połączonych obu izb parlamentu ujrzałby niezapomniany widok. Po prawej stronie od niesamowitej, wręcz ekstatycznej radości koalicji rządzącej, przez narastającą złość Konfederacji, wymowne milczenie opozycji centrowej po tęczową dezaprobatę lewicy. Szkoda jednak, że ławy opozycji (nie licząc lewicy) były puste. Oglądanie tej ceremonii winno być obowiązkowe tym bardzie teraz, kiedy powstała nieświadomie scena wszelkich emocji była by swoistym memento dla opozycji. Byłoby niemym krzykiem: Dlaczego nie wspieraliście protestów? Dlaczego egoistycznie uważaliście, że dacie sobie sami radę z PIS? Dlaczego byliście tak naiwni? Czy stać was obecnie tylko na niemy protest garstki posłów trzymających w ręku Konstytucję RP? Czy już tylko na to was stać lub czy na to tylko pozwala już wam władza?

Kiedy nastąpił szczyt tego kuriozum i nowy stary prezydent składał przysięgę dochowania wierności Konstytucji było to nie jak dotychczas uderzeniem w twarz opozycji, ale wręcz nokautem. Oto bowiem prezydent, który przez 5 lat łamał Konstytucję przysięga na nią. Rację miał więc wypowiadający się po ceremonii Kamil Bortniczuk. Ten członek Zjednoczonej Prawicy (Porozumienie) powiedział, że teraz opozycja kwestionuje i ma focha, a przecież prowadzili kampanię prezydencką by w końcu brać udział w tych niekonstytucyjnych wyborach. Czyli niejako zgodzili się na nie.
Czyż nie jest to prawdą?

Teraz stoimy przed latami niespokojnej polityki i przykręcania śruby, co niechybnie zakończy się kolejnymi z góry wygranymi wyborami, której już teraz były farsą. Parafrazując niegdysiejsze słowa Marka Jurka: nie ważne będzie, czy Polska będzie bogata, czy biedna. Ważne, że będzie narodowo-katolicka. Można więc już rzec, że ostatnie uczciwe wybory odbyły się w tragicznych warunkach w 2010 roku. Wybory w 2015 roku nosiły już znamiona zewnętrznej ingerencji w przebieg kampanii, co można było też widzieć w kampaniach w Austrii, Wielkiej Brytanii, Brazylii, czy USA. Potem zaś (czyli w 2020 roku) przynajmniej w Polsce z racji skuteczności działania te zostały powtórzone. I nie jest istotne (jak mówił Donald Tuska) jakim alfabetem instrukcje były pisane. Istotne jest, że czas się przyzwyczajać do ostrej walki z ludźmi kultywującymi politykę siły, nierzadko ubranych w dziwnie znane nam z historii uniformy. Tylko, że teraz będziemy mogli liczyć tylko na siebie, a nie na prawo, które miałoby nas chronić. Zarówno cała machina represyjna państwa jak i wymiar sprawiedliwości stać będzie paradoksalnie po stronie silniejszych.

Obserwując dzisiaj orszak jakim przyjechał stary nowy prezydent na swoje zaprzysiężenie można było  przeżyć niemały zawód. Jeżeli Duda ma taki orszak, to Kaczyńskiego powinni wnieść w lektyce. A jednak nie.
pap.pl
Znamiennym momentem dzisiejszej ceremonii było też przemówienie prezydenta w którym jak 5 lat temu nawoływał do pojednania i szacunku. Jednak teraz nie było tyle braw co 5 lat temu. Było jednak widoczne zadowolenie samego prezesa partii rządzącej. Spod obowiązkowej maseczki ochronnej wyzierał niezmiennie bezzębny, szyderczy uśmiech człowieka, który zmienił oblicze współczesnej Polski na takie jakie sobie wymarzył.

Copyright © Polityka z Bliska , Blogger